Niby nic, a jednak - czyli jak to się wszystko zaczęło?
- A bit of health

- 8 lip 2020
- 5 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 26 lip 2025
Hej wszystkim,
dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o moich początkach w świecie fit. Jak to się w ogóle stało, że zainteresowałam się tematem. Jak wyglądały moje nieudolne zmagania z rzeczywistością i jak znalazłam się tu, gdzie jestem. Jeżeli jesteście zainteresowani to serdecznie zapraszam do czytania. :-)
Hmmm, przygotowując się to tego wpisu sama zaczęłam się dosyć intensywnie zastanawiać - co takiego właściwie było czynnikiem, który zainspirował mnie do zdrowego stylu życia? Gdy tak się nad tym pozastanawiałam, to doszłam do wniosku, że zostałam "powołana" już w brzuchu matki :-) Ale, że jak? - zapytacie. Odpowiedź jest prosta - alergia pokarmowa, czyli coś co sprawiło, że musiałam być na diecie już od samego początku... Tak jak wspomniałam, alergiczką jestem od urodzenia, aż do dziś, z tym, że w tym momencie pozostały już tylko ''wziewne alergie'', (nie wpuszczajcie mnie do starych, zakurzonych piwnic, haha). Kiedy byłam niemowlęciem, zdiagnozowano u mnie skazę białkową, która następnie przerodziła się w astmę. Moja mama musiała stosować specjalne diety, bo po nabiale od razu dostawałam wysypki. Później doszły kolejne produkty: pomidory, orzechy, ryby, cytrusy. Jak myślicie dlaczego potem przez kilkanaście lat nienawidziłam ryby po grecku i plasterków pomidorów na kanapce? Alergie z upływem czasu przechodziły, ale też pojawiały się nowe. Kiedy byłam w czwartej klasie podstawówki okazało się, że nie mogę jeść także glutenu, alergia na mleko krowie wciąż nie przeszła. Trochę się wtedy załamałam... To był koniec wszelakich pyszności typu ciasteczka, tosty, muffinki czy lody w rożku (których tak na marginesie wcześniej też nie jadłam, bo to przecież mleko :-)) Nie mogłam nawet przekąsić pulchniutkiej i pyszniutkiej bułeczki pszennej...
Czy trzymanie diety było proste? Na początku - definitywnie nie. Pamiętam, że nieraz zakradałam się do kuchni i wyciągałam z chlebaka okrągłą bułę, którą potem zajadałam pod stołem czy w łazience. Tak, żeby nikt nie widział. Czasami, kiedy dostałam parę drobniaków na ''jakiegoś sorbecika czy żelki" :-) zamiast tego kupowałam wafelka z czekoladą czy pączka. No cóż, nikt nie jest idealny... Oczywiście po tych moich małych grzeszkach musiałam odcierpieć swoje. Objawami alergii były u mnie bardzo sucha i pękająca skóra na dłoniach. Moje palce wyglądały wtedy, jakbym chorowała na łuszczycę czy coś jeszcze gorszego. Odpadające płaty skóry, pękające zagięcia, które później strasznie krwawiły - jednym słowem nic przyjemnego. W okresie klas 4-6 było to tym bardziej dokuczliwe, ponieważ chodziłam do klasy sportowej o profilu siatkarskim, więc możecie sobie tylko wyobrazić jak krwawiące ręce utrudniały mi treningi... Z czasem przyzwyczaiłam się do niejedzenia niczego niedozwolonego. Znosiłam miliony troskliwych pytań i uwag mam moich koleżanek, rodziny czy nauczycielek podczas eventów klasowych, urodzin, świąt itp. Wiecie o co chodzi...
- Ale na pewno nie możesz?
- Spróbuj chociaż kawałek.
- Ale czemu nic wcześniej nie mówiłaś, przygotowałabym coś innego...
- Jeju, jak to nie możesz, to co ty jesz w takim razie?
Odpowiadając na te wszystkie komentarze i pytania do dzisiaj kiedy ktoś proponuje mi coś do jedzenie z automatu mówię, że "Nie dziękuje", nawet jeśli mam ochotę. :-) Później w sumie nie było najgorzej, przywykłam i już, ale wydaje mi się, że przełom nastąpił kiedy poszłam do gimnazjum. Uff, no wreszcie zmierzam do celu. Wtedy właśnie zaczęło się moje kombinowanie w kuchni. Od jakiegoś czasu na rynku królowały produkty bez glutenu bez laktozy itp. Jadłam je i aż tak bardzo nie odczuwałam restrykcji w diecie. Był tylko jeden problem - pieczywo sklepowe bez glutenu było ohydne. Chcąc poznać nowe smaki i nauczyć się piec, gotować, zaczęłam robić własny chlebek, ale nie tylko. Zainteresowały mnie bezglutenowe wypieki, i to tak na poważnie - robiłam ciasta, ciasteczka, nawet piekłam bułki czy smażyłam naleśniki gluten free. Co tu dużo mówić, wkręciłam się i już, ale był to w zasadzie dopiero początek...
Nadeszła druga klasa gimnazjum, czyli absolutny przełom przełomów - zostałam wegetarianką, którą jestem do dziś (czyli ponad 4 lata). To , że zaczęłam interesować się wypiekami i gotowaniem zainteresowało moją ciekawską ciocie, (kochaną osóbkę, która ma piątkę dzieci alergików i ''siedzi'' w zdrowym gotowaniu już ładnych paręnaście lat) , która na jako prezent na gwiazdkę podarowała mi książkę autorstwa Marty Dymek - ''Jadłonomię'', czyli absolutny wegański klasyk. Po wypróbowaniu kilku przepisów, udało mi się ostatecznie przekonać mamę do mojego wegetarianizmu. Do końca drugiej klasy gimnazjum uczyłam się i próbowałam nowych przepisów, tipów, czytałam blogi kulinarne. Stało się to trochę moim drugim życiem i jak to często w tym naszym młodym, naiwnym życiu bywa, w trzeciej klasie moje dogłębne szukanie, przerodziło się w zaburzenia odżywiania. Chcąc, nie chcąc jest to nieodłączny element mojej całej przygody. Oczywiście nie spłycam tego do faktu, że zbyt bardzo skupiłam się na jedzeniu, byłoby to co najmniej głupie, bo na zaburzenia odżywiania składa się masa różnorodnych czynników, ale na pewno cała ,,zajawka" miała w tym swój udział. Nie mam zamiaru rozwodzić się na ten temat (na razie), bo mam w planach cały post przeznaczony zaburzeniom. Jedyne, co musicie wiedzieć, to że zostały ze mną do dziś, a samo intensywne leczenie przeszłam w sumie niecały rok.
Później poszłam do liceum. W tamtym okresie niezwykle dbałam o to, żeby jedzenie było zdrowe i jak najmniej przetworzone (co także było objawem ortoreksji). W pierwszej klasie jeszcze nie było dobrze w temacie, na jedzenie nadal miałam duży focus, a myślałam o nim zdecydowanie zbyt dużo w przeciągu całego dnia. Sytuacja i nieco zdrowsze relacje z jedzeniem zaczęły kształtować się pod koniec I semestru. Do końca roku nadal stabilizowałam parametry mojego organizmu, tak żeby w końcu wróciły do normy (starania o powrót miesiączki, przytycie do normalnej wagi, chodzenie po lekarzach itp.) Problemy ze zdrowiem zarówno psychicznym, jak i fizycznym trwały jeszcze długo, ale przez następny semestr i wakacje udało się wszystko unormować. Klasa druga to tak naprawdę ostatnie miesiące (tydzień temu właśnie ją skończyłam ;-)), ale nie zmienia to faktu, że dużo się przez ten czas zmieniło, a tak naprawdę to ja się zmieniłam. Moje myślenie, poglądy, priorytety - wszystko odwróciło się o 180 stopni. Dzisiaj nie jestem już tą nieśmiałą nastolatką, która boi się, żeby nie przytyć ćwierć kilograma, która nie wychodzi ze znajomymi, bo nie chce, żeby widzieli jak je, która nie może już spać, uczyć się czy biegać, bo po prostu nie ma na to siły. Jestem sobą, po prostu. Już nie dziewczynką, ale pełnoletnia dziewczyną, która trochę bardziej wie, czego pragnie w życiu. Co prawda jeszcze przestraszoną, ale na pewno nie tak bardzo, a przede wszystkim gotową, żeby podzielić się swoją historią, doświadczeniem i wiedzą z innymi. Kiedy nadeszły czasy epidemii, kwarantanny itp., spełniłam jedno z moich marzeń - założyłam konto na Instagramie, na którym dzielę się swoimi pomysłami oraz bloga, którego właśnie macie przyjemność czytać. Mam ogromną nadzieję, że moje starania nie pójdą na marne, a może nawet zdołam komuś pomóc. Tymczasem żegnam się z Wami, trzymajcie się ciepło i do następnego razu. ;-)


Komentarze